N. FIEDORCZUK || JAK POKOCHAĆ CENTRA HANDLOWE

Debiutancka książka Natalii Fiedorczuk to emocjonalny zbiór refleksji dotyczących festiwalu powstrzymywania płaczu, czyli w j. polskim: trudów macierzyństwa; namiastka obrazu rodzicielstwa po 22.

Krótko mówiąc, autorka sprawnie opowiada o tym, co dzieje się w naszych głowach, kiedy nikt nie patrzy. A dzieje się dużo i intensywnie, szczególnie zaraz po narodzinach pierwszego potomka, kiedy życie zaczyna się tak naprawdę, bez ściemy. To dość luźne zapiski, noszące znamiona reportażu – uderzają szczerością i prawdziwością. Jeśli w swojej matczynej karierze marzyłaś kiedyś o tym, żeby zniknąć albo zdarzały ci się poranki, podczas których domagałaś się w myślach innej rodziny – Jak pokochać centra handlowe z pewnością przypadnie ci do gustu.

Jestem świeżo po lekturze książki i jestem żywo nią poruszona. Trochę dlatego, że jestem w jej targecie, a trochę dlatego, bo jest do bólu prawdziwa. I świetnie napisana. Językowa sprawność autorki stoi tu na najwyższym poziomie. Zdania lgną do siebie ciasno, co rusz zaskakując niespotykanym porównaniem, zgrabną metaforą lub urokliwym neologizmem. W ogóle nie dziwię się, że Fiedorczuk otrzymała za tę pozycję Paszport Polityki 2016. Nie spotyka się bowiem zbyt często w polskiej literaturze obrazu macierzyństwa zakropionego rzewnym potem i łzami. A tu to mamy. Mamy też opowieści o depresji poporodowej i tej, która została jeszcze długo po porodzie; o nowej roli, w której nie zawsze łatwo się odnaleźć; o braku akceptacji własnego ciała; o rodzicielskich porażkach; o tym, jak znienawidzona rutyna pozwala utrzymać się na powierzchni i w jaki sposób w dobie social media łatwo kreować można rzeczywistość, kadrując codzienność na family selfie. To też próba odpowiedzenia sobie na pytanie, w jaki sposób, będąc żoną, matką, pracownicą, sprzątaczką i bóg wie kim jeszcze, znaleźć czas na bycie człowiekiem.

Niektóre teksty są na moje oko niepotrzebne, dłużą się i nużą. I zdecydowanie nie było potrzeby publikowania posłowia od autorki, w którym Fiedorczuk tłumaczy, czym jest ta publikacja i że nie jest o niej – inteligentnemu czytelnikowi nie trzeba tłumaczyć, że jeśli autor posługuje się w tekście 1 os. l.poj, to nie znaczy, że pisze o sobie. Ale to tylko taki mały zgrzyt.


Ulubione cytaty:

„Na wersalce w salonie siedzi Ewa, jest młoda, wysoka i szczupła, ma długie blond włosy. Chyba naturalny blond, bo jak prawdziwa blondynka, która płacze, ma czerwoną i zapuchniętą twarz. Na kolanach trzyma kilkumiesięczne dziecko. Wycofuję się szybko na klatkę schodową (…) Dlaczego Ewa płakała?(…) Czy płakała, bo zwyczajnie chujowo jest być bez pieniędzy, chujowo się kłaść z tą świadomością i beznadziejnie wstawać rano do własnej biedy, do dziecka, które zawsze już będzie miało mniej, gorzej, niełatwo?”.

„ Po jakimś czasie wychodzimy w czwórkę z kolejnego już gabinetu, z grubą teczką pod pachą i rozkrzyczanym synkiem za rękę. Zatem jest to ten zespół, o którym mówią, że nie jest chorobą, a zaburzeniem (…) A więc to to, a więc to tak. Może to przez szczepionki albo ten okropny poród, może to przez zimną matkę, nasze kłótnie. Dzwonią telefony, bliscy i dalsi ludzie wokół nas znają odpowiedzi na pytania, na które nie są w stanie odpowiedzieć nam nawet terapeuci syna. Słuchamy tych teorii, tych podejrzeń i spisków z coraz gorzej skrywaną złością. Gluten, cukrowy haj, przetworzone jedzenie. Borelioza. Permisywne wychowanie. Neuroprzekaźniki. Znachor spod Grudziądza.

Odpierdolcie się, myślę w duchu i kucam przy synku…”